piątek, 30 maja 2008

sobota, 24 maja 2008

Kawał Druta


Starocie. m.pamiętasz?... czerwony tulipan ;)

Ja mam rzekomo trochę wdzięku,
Ty masz jaskrawo-smutne oczy.
Znajdzie się zatem jakiś powód,
żeby się sobą zauroczyć.

I żeby to zauroczenie
ująć w banalnie wielkie słowa.
Żeby się sobą pozachwycać,
Żeby się sobą rozkoszować.

Ty mnie odszukasz bez kłopotu
w tłumie tak zwanych zwykłych ludzi.
Znajdziemy powód by być z sobą,
Żadnych wymagań, planów żadnych.

A potem sam się znajdzie powód,
by zwątpić czy to się opłaca.
Znajdziemy powód by odchodzić
i brak powodów, żeby wracać.

czwartek, 22 maja 2008

pipu pipuripu

Wyszedł z ciemnego zakątka ulicy i dostrzegł tę samą czerwoną furgonetkę. Obrócił się z powrotem najszybciej jak potrafił i zaczął biec. Ściany kamienic stojących przy wąskiej alejce, którą się poruszal zdawały się kurczyć, zamykać. Jak gdyby usiłowały go zatrzymać. Zamknąć mu drogę ucieczki. Poczuł klaustrofobiczne bicie serca, w gardle stanęła mu wielka gula. Nie wiedział gdzie się podziać. Na szczęśćie byl już całkiem blisko. Zadyszka opanowała cały układ oddechowy, a nawet umysł, nogi i resztę ciała. Czuł się jak zwłoki. jesli ktokolwiek w ogóle wie, jak one się czują. Resztkami sił łapał małe porcje tlenu, kiedy przed oczami wyrosły mu tak dobrze znane drzwi starego magazynu oznaczone wielkim napisem: "Wyjście ewakuacyjne". Widok ten zadzialał na niego jak zastrzyk energii. Przyspieszył kroku i tuż za tymi wielkimi, zniszczonymi wrotami przytulił się do muru. Muru, zwykłego zimnego z czerwonej cegły. W momencie, kiedy jego ciało całe przylegało do ściany, zniknął. Już był po drugiej stronie, wciąż nie nauczył się lądować. Stoczył się z górki do samych stóp olbrzymiego dębu. Otaczalo go mnóstwo zieleni. Kraina w której sie znajdował przekonywała każdego o swej niezwykłości. Każdy jej element cieszył oczy i zaskakiwał umysł. Te niezmierzone łąki, liczne wzgórza i błyszczące stawy zapraszały do życia. Wszędzie rozposcierał się zapach jaśminu. wypełniał każdy skrawek powietrza, tulił duszę i koił smutki przyniesione ze wszystkich ston ziemi. Wielkie obszary porośnięte wrzosami przyciągaly wzrok nawet stałych bywalców, nie sposób było sie nimi nacieszyc, wciąż chciało sie więcej.
Farrero był młodym pełnym energii człowiekiem. Życie doświadczyło go wieloma klęskami i cięzkimi próbami. Był wytrwały. Nie tracił wiary w to, ze w końcu uda mu się spełnić swoje najskrytsze marzenia. Każdego ranka skrzętnie zapisywał swoje sny. Tworzyły one spójną całość, przedstawiały niebanalną historię życia jego ojca. Noce stanowiły dla Farrero jedyną istotną część egzystencji. Dnie były męczarnią. Chciał wreszcie dokończyć rozpoczętą hostorię, wyczekiwał wieczorów, a tuż po przebudzeniu notował wszystkie szczegoły, wszystko, co udalo mu się zapamiętać. Składał opowieść swego przodka jak puzzle. Jak bardzo szczegółową układankę, na której rozwiązanie potrzeba wiele czasu i przede wszystkim mnóstwo poświęcenia.
[LOC]

środa, 21 maja 2008

La Coma. Usnęłam.


Świergocące. Pełne orientalnej ekspresji instrumenty wypelniają jej głowę. Próbuja opętać zszarzałe myśli. Zakolorować zadeptane codziennością wyobrażenie o istnieniu krystalicznego szczęścia. I tej nocy nie będzie jej łatwo. Lekko przymyka powieki, szok. Zapala niewielką lampkę, promienie sztucznego światła tną źrenice niczym brzytwa. Zgasza. Chwilowa dezorientacja. Rozbiegane oczy tej pani swiadczyć muszą o zaniepokojeniu jakie ogarnęło nie tylko jej cialo, ale i duszę. Tysiące pozycji przybiera, to jak pień drzewa w bezruchu wciąż leży, to w kokon zwinięta ściska kolana. Raz spokojna jak niemowle przy mamie, nagle szaleje jak ognia płomienie. Nie wie gdzie zmierza i co jej grozi. Czuje niepewność, jest rozedrgana. Po prawej cienie biegają po ścianie, za oknem wiatr szumi wręcz groźnie. Sufit dzis przybrał kolor błękitu, jakby chcial pomóc jej zwalczyć przeszkody. Jakby chciał pomóc jej zmrużyć oczęta i w słodkim spokoju przestać pamiętać. Przestać pamietać o codzienności, szarej bezsprzecznie ludzkiej nicości, sztucznej postawie, niegodnym czynie, o tym co rano jej nie ominie. I znów to samo, koło się kręci. Nęci wciąż umysł jej tak nieporadny, zabrania usnąć, noce wciąż kradnie. Zagląda w duszę, nęka wnętrznośći. Nie chcę tak dłuzej, dłuzej nie mogę. Chce juz w obięciach ciemności bezpiecznych zasnąć szybciutko, tak delikatnie. Niech mnie Morfeusz utopi w snów rzece, daleko tak i głeboko, na samym jej dnie. Tam, gdzie lilie łaskoczą zastygłe w śnie twarze, a nimfy szepcą do ucha uroczo, swe bajki nieznośne, swe bajki nocą,
[LOC]

poniedziałek, 12 maja 2008

Zielone Świątki



Gdyby tylko jeszcze jeden komunista dziś zabiegł mi drogę...byłoby z nim krucho. Roi się od dziewczynek w białych sukienkach z wiankami na głowie i chłopców w pedalskich mini-garniturkach, prawie tak obficie jak od ptaków. Ptaki cały dzień dziś mnie ścigają. Małe-fakt,ale gryzą wszędzie, nawet tam,gdzie wcześniej nie planowały. A na polanie zepsuł się rower,co teraz? Może po prostu zjedzmy arbuza. Ptaki też lubią arbuzy. Trzeba uciekać, jadłeś kiedys arbuza uciakając przed ptakami? Jedynym tego skutkiem jest oblana słodkim sokiem broda. Nieszczęściem jest dopiero to, że tylko ptaki są chętne by ją oblizać. Znów trzeba uciekać. Ale na szczęśćie mamy krzaki, krzaki zawsze ratują człowieka z opresji. Dziś popilnują nam rowerów, kiedy my zwiedzać będziemy Chatkę Puchatka łapiąc na kark stada kleszczy.
Czyżby nie było pola? Pole musi być. Wielkie wierze psują krajobrazy także po to, by Puchatek w swej chatce miał zasięg. SOS. Pomoc wezwana. Jeszcze tylko godzina marszu i będziemy na leśnej autostradzie. Autostradzie? No tak, to tutaj w kłębinach kurzu pojawia się ratunek dla strudzonych tułaczy, których niegdyś czarne buty przybrały kolor...popiołu. Wycieczka w tym własnie momencie przybiera postać zmotoryzowanej. Przed nami długa droga, nad nami wydobyte z krzaczorów rowery. Tak pojedziemy do domu, innych wyjść brak. Nic tak nie działa jak czerwona sukienka? Fisz się nie zna na modzie. Dzień cały spędzony w legginsach, a jakże udany. Umyjmy buzie i jedźmy dalej. Nie wiadomo gdzie, bolid trzęsię, a z głośników słychać wycie napalonego Liroy'a na zmianę z Krzyśkiem Krawczykiem. Znów komuniści... z nimi goście zaopatrzeni w puszki pełne bursztynowaego napoju. Pani na przednim fotelu naszego bolida wyciąga rewolwer - zastrzeliła wszystkich. Został jeszcze tylko skuterowiec który ich eskortował, podarujemy mu życie, wygląda na wystarczająco przerażonego. Dwadzieścia kilometrów dalej... punkt widokowy,a na nim? Komuniści! Przybranym w sexowne sukienki ośmiolatkom rodzice robią zdjęcia z betonowym penisem. Pewnie mówią im, że to grzyb,a przy następnej rodzinnej kolacji razem będą się z nich śmiać. Odjeżdźamy, uff. Kierowca musi jeszcze tylko wurzycić bombę z bolida, potem szybko uciekamy zostawiając za sobą spalonych komunistów. Spalonych...to słowo od pewnego czasu wzbudza we wszystkich pasażerach podniecenie.a moźe raczej obrzydzenie...nie wiem, zbyt bliskie znaczeniem są oba te słowa.
Polana...a na niej,na tle jeziora, jakaś tęga pani robi "dana dana", pokazuje wszystkim kolana, a z auta puszcza na przemian 3 piosenki... wcale nie znane. Paradoksem jest to, źe każdy znał ich teksty. Znów te ptaki... musimy przez nie ciągle uciekać. Męczące są; o patrzcie.! Na lewo. Więzienie, jakie piękne.W środku lasu więzienie? Dziwne. Więzienie a w nim. A w nim sami starzy ludzie. Starzy ludzie co oni tu robią. To nie tacy zwykli starzy ludzie. "Mają prezydenckie pensje"- mówi kierowca. Prezydenckie pensje, albo bogate rodziny, myślę sobie. Myslę sobie,ze to dom starców. Na tym chcę skończyć to myślenie. Wole nie podejrzewać, nie rozmyślać nad tym, co może się tam dziać. Kto oglądał "Lot nad kukułczym gniazdem" czy "The Jacket", nie ma ochoty studiowac filozofii zachowań w tego typu miejscach. Ach te ptaki, pełno ich w bolidzie, szybko jedźmy dalej, niech je wywieje. A co to przed nami? Nie, błagam, nie, komuniści. Cała załoga, cała czwórka wyjmuje kałasze...zabijemy wszystkich komunistów. Most, czy to most kolejowy? Most kolejowy,już nie uczęszczany.Wysoko. Lęk wysokości? Halo,czy ktoś z Was ma też lęki. Nie dotykaj mnie na tej wysokości. Tyle metrów nad ziemią wolę być sama. Idźcie wszyscy jak najdalej, ja tu zostane, powalczę z moimi lękami sama...albo nie, poczekam na Was na dole, tam mi najlepiej. Boze, ja mam legginsy? Jak ja wygladam? A moze nie najgorzej, przeciez sa tu tez ptaki. nikt nikimu nie patrzy na nogi,kiedy musi odganiać te ogromne ptaki. Chce zobaczyć wietnamskie świnie! Mamo, tato, ja chce świnie. Pojedziemy, pokażemy Ci wietnamskie świnie. Już.To niedaleko. A to co? Nie ma świnek... konie, kuce, króliki, lewoskrętne oszalałe koziołki...ale swinek nie ma. Cóż wzamian? Komuniści. Uciekajmy!!! Pani Jagodo, nich ich Pani zastrzeli, bagnet na ramie i do roboty. Umarli, bardzo dobrze. W końcu to przez nich nasza wycieczka skończy się w komercyjnym McDonaldzie, gdzie na każdym kroku widać jakieś grube lachociągi w białych szpilkach i z zółtymi torebkami. Zjemy i uciekamy. Nawet pan motocyklista wygląda dziś jak kobieta, co się dzieje na tym świecie? Z nadzieją upolowania dobrego towaru odjeżdżamy w kierunku autostrady. I tu rozczarowanie. Nawet dziwki wzięły wolne w Zielone Świątki. Paniom już podziękujemy!
[LOC]